Następna część:
8
Poprzednie części:
1 2 3 4 5 6
***
Jane powoli otworzyła oczy. Wszystko ją bolało, a chłód przenikający ją do szpiku kości na pewno jej w tym nie pomagał. Usiłowała zorientować się, gdzie była, ale widziała tylko czerń. Poczuła szybsze bicie swojego serca. Czy straciła wzrok? Co się z nią stało? Dlaczego nie mogła sobie przypomnieć nic z minionego wieczoru, oprócz teleportującego się Eretha?
Wtem usłyszała głośny pisk i pomieszczenie zalało jasne światło. Odetchnęła z ulgą. A więc nadal widziała. Przyjrzała się uważnie wchodzącym do środka mężczyznom i zaczęła sobie coś powoli przypominać. Szczególne zapadł jej w pamięci ból w głowie.
- No proszę, nasza śpiąca królewna w końcu postanowiła się obudzić - zaśmiał się mężczyzna z dredami. Odsunęła się nieco, ale uderzyła plecami o ścianę.
- Nie zbliżajcie się - powiedziała drżącym głosem, unosząc ostrzegawczo palec wskazujący jak matka na niegrzeczne dziecko. Obcy tylko zaśmiali się i wbili w nią uważne spojrzenie. Tak jak minionego wieczoru miała wrażenie, że rozbierają ją wzrokiem. Teraz była naprawdę całkiem bezbronna.
No, może nie całkiem.
Poczuła ucisk na pośladku i przypomniała sobie o różdżce.
Ale to są mugole... pomyślała, ale widząc ich miny zmusiła się, aby o tym zapomnieć. Drżącą ręką wyciągnęła narzędzie i skierowała je na jednego z nich.
- Wypuście mnie stąd - rozkazała, ale nie brzmiała ani trochę groźnie ani poważnie. W pomieszczeniu na nowo rozległ się śmiech.
- Bo co nam zrobisz? Pobijesz nas patykiem? - zaśmiał się ten ze strasznie tłustymi włosami, na widok których zbierało jej się na wymioty.
- Powtarzam po raz ostatni. Wypuście mnie, albo zrobię wam coś złego.
Śmiechy nadal nie ustawały, więc Jane wycelowała różdżkę w najniższego mężczyznę.
-
Drętwota! - krzyknęła, a złoczyńcę odrzuciło do tyłu. Reszta zamarła wpatrując się to w swojego kompana, to w nią. Dziewczyna powoli wstała pomimo strasznego bólu w głowie. Wycelowała różdżkę w kolejnego porywacza, a on odsunął się o krok. Na jego twarzy malowało się przerażenie.
- Nie! Błagam! Ja nic nie wiem! My... dostaliśmy rozkaz! - mówił szybko, nieco plącząc się w wypowiadanych zdaniach.
- Od kogo? - spytała czując pulsujący gniew. Wreszcie była na mocnej pozycji. Ciekawiło ja, kto zlecił porwanie jej tym zbirom. Widząc wahanie mężczyzny rzuciła
Drętwotę na tego z dredami, po czym ponownie na niego spojrzała.
- Państwo Nightowie! - krzyknął znowu się cofając. - Błagam, nie rób mi krzywdy...
Tyle że Jane już go nie słuchała. Osłupiała wpatrywała się w ścianę trawiąc usłyszane słowa. Rodzice Erethiliona zlecili porwanie jej? Dlaczego? Po co?
- Jak stąd wyjść? - spytała marszcząc brwi i ponownie spoglądając na przerażonego przestępcę. Ten zadrżał jak osika. Zaczął nerwowo i nieco chaotycznie tłumaczyć jej drogę. Na koniec Jane kiwnęła głową, układając sobie plan wyjścia.
- Teraz zaśniesz, a kiedy się obudzisz, nie będziesz pamiętać nic z tych wydarzeń - powiedziała spokojnie i rzuciła na obu
Drętwotę, po czym każdemu z osobna wyczyściła pamięć.
Wybiegła z pomieszczenia zostawiając mężczyzn samym sobie i, kierując się wskazówkami jednego z nich, ruszyła do wyjścia. Coś jednak było nie tak. Szła wyznaczoną drogą od dłuższego czasu i nadal miała wrażenie, że już wcześniej przechodziła przez dany korytarz. Przystanęła i rozejrzała się. Tak, z pewnością już tamtędy szła.
Krążę w kółko, pomyślała marszcząc brwi. Obejrzała się za siebie. Nie miała pojęcia dokąd iść. Jak stamtąd wyjdzie? Ma się cofać? A może gnać przed siebie? Jęknęła cicho czując narastającą panikę. Gdzie się znajdowała? W jakimś labiryncie? W czyimś domu? Na myśl przyszła jej teleportacja, ale to nie zadziałało. A więc co ma robić?
Nagle zauważyła małe, maciupeńkie pęknięcie w ścianie, którego na pierwszy rzut oka na pewno nie można było zobaczyć. Do głowy wpadł jej pewien pomysł. Odsunęła się nieco i skierowała swoje magiczne narzędzie na pęknięcie.
-
Bombarda! - krzyknęła. Usłyszała potężny huk, który wstrząsnął nieco korytarzem i nią samą. Dookoła pojawił się pył, który gryzł ją w oczy i nieproszony wdzierał się do płuc, uniemożliwiając oddychanie. Zakryła nos i usta fragmentem koszulki i zbliżyła się do na wpół wyburzonej ściany. Zauważyła otwór przez który się przecisnęła, ale zamiast trawki i słońca zobaczyła przed sobą ogromny salon. Przez całą jego długość ciągnął się ciemny, dębowy stół z krzesłami, a na ścianach wisiały portrety ludzi, których jeszcze nigdy w życiu nie widziała na oczy. Był tam między innymi jakiś mężczyzna z długą, brązową brodą, kobieta o niemal białych włosach i para młodych ludzi trzymających na rękach małe dziecko. Oczy mężczyzny były stalowoszare, a kobiety jasnoniebieskie. Wszystkie postacie patrzyły na nią gniewnie, niektórzy nawet zaczęli krzyczeć.
- Co to za plugastwo?! Kto śmiał zniszczyć świętą ścianę domu Nightów?!
- Patrzcie no, ta brudna szlama śmie wchodzić do tego pokoju jakby nigdy nic!
- Szlama! Mieszaniec! - wykrzykiwali, ale Jane na to nie reagowała. Jej wzrok padł na kominek. To była jej szansa! Szybkim krokiem podeszła do niego i rozejrzała się. Na małej półeczce stał zapas proszku Fiuu. Szybko nabrała garść magicznego
środka transportu i weszła w kominek, wykrzykując adres swojego domu.
Zniknęła w zielonych płomieniach pożegnana wyzwiskami portretów.
Wyłoniła się w salonie domu przy Aley Street 79. Na kanapie siedziała jej matka, cała we łzach. Dziewczyna podbiegła do niej nie zważając na to, że zostawia na białym dywanie czarne ślady popiołu.
- Mamo! Co się stało? - spytała z troską. Kobieta spojrzała na nią i przez chwilę przestała płakać. Była wyraźnie zdziwiona. Jane przeszło przez myśl, że być może była nieprzytomna dłużej niż jedną noc.
- Jane? Jane, kochanie, to ty? O mój Boże, tak się bałam! - krzyczała kobieta zanosząc się kolejną salwą płaczu i przytulając córkę do siebie. - Gdzie ty byłaś? Tak bardzo się z ojcem martwiliśmy...
- Spokojnie, mamo, nic mi nie jest - zapewniała ją. Musiała naprawdę się martwić. Ona bardzo rzadko płakała.
- W
Proroku Codziennym pisali, że prawdopodobnie nie żyjesz. Na chodniku w Londynie znaleziono twoje rozbite lusterko dwukierunkowe i naszyjnik, który dostałaś od ojca na rozpoczęcie nauki w Akademii...
Ta informacja nią wstrząsnęła. A więc wszyscy myśleli, że nie żyje? To dlatego jej matka cały czas zanosiła się płaczem? Serce jej się ścisnęło. Co też oni musieli przeżywać? Co musiał czuć Ereth?...
Musiała iść do Ministerstwa i wszystko wyjaśnić. Odsunęła się delikatnie od płaczącej matki.
- Mamo, muszę jeszcze coś załatwić, niedługo wrócę i wszystko sobie wyjaśnimy, dobrze? - powiedziała. Nie czekając na odpowiedź kobiety, wzięła kolejną garść proszku Fiuu, tym razem z własnego zapasu wiszącego przy kominku, i weszła do środka.
- Ministerstwo Magii - powiedziała, a zanim zniknęła, usłyszała pełen bólu krzyk swojej matki i przerażenie w jej oczach. O co jej chodziło?
Dowiedziała się, kiedy wkroczyła do głównego holu, w którym panował istny chaos. Wszędzie latały jakieś przedmioty i widać było błyski zaklęć. Serce w niej zamarło.
W Ministerstwie Magii trwała wojna.
Ta część jest bardzo dobra. Jestem w sumie nią zachwycona, porównując ją z poprzednią. Być może wzięło się to stąd, że nie ma tego wyolbrzymionego motywu miłości, gdyż mamy tutaj tylko jedną bohaterkę. Na dodatek mimo romansu wkradła nam się tutaj bardzo zgrabnie opisana akcja. I naprawdę, moim zdaniem opisałaś to świetnie. Pomysł też masz dość oszałamiający, bo nigdy bym się nie domyśliła, że to akurat rodzice jej chłopaka zechcą ją skrzywdzić. A jeszcze dołożyłaś nam do tego wojnę - to już w ogóle nie wiadomo co myśleć ;D
W ogóle najbardziej podoba mi się fragment z krzyczącymi obrazami. Praktycznie każde słowo stało na swoim miejscu i wydawało się przemyślane. To naprawdę spory plus i czytało się to z prawdziwą przyjemnością.
Oby tak dalej!